poniedziałek, 9 listopada 2009

Hitlet, Hitler, Hitman.

Jadę metrem widzę wysokiego przystojnego blondyna. Myślę, że mogłabym takiego posiąść. Jednak wizualizacja jaka dokonana została przez mój mózg blokuje następne przemyślenia o białym płotku i małych blond aniołkach tulących się do naszego labradora.

Niemiec ukazuje się mi w mundurze esesmana. Stoi taki cudowny, oparty o rurę, słucha muzyki, ale na jego kołnierzyku widnieje znak es es. Taki cały wyprasowany, w skórzanych butach, na których widać świeże plamy krwi i przyklejonych do niej włosów.

Koło niego siedzi następny, równie uroczy. Czyta książkę, jest na ostatniej stronie. Uśmiecha się do siebie, pochłonięty lekturą. Prawdopodobnie zaraz przegapi swoją stację. Widzę go w mundurze. Uśmiecha się. Zamyka komorę, uśmiecha się. Widzi pulsacyjnie trzęsących się od postrzałów więźniów, uśmiecha się. To ten sam uśmiech? Ta sama radość?

Trzeci patrzy na mnie. Jest idealny. Kochałabym go z pewnością. Boję się jednak, że obserwuje mój duży zupełnie niearyjski nos, mój nieidealny kształt czaszki. Że zaraz gwizdnie do kolesi i wyrzucą mnie z metra. Zagazują podręcznym cyklonem w spreju, psik psik.

Popołudniami spotykam ich w parkach. Wyprowadzają swoje nazistowskie owczarki. Może szukają Żydówek? Poukrywanych w krzakach. Szukaj, szukaj. A potem haltjude, lagerkoncentrancjon, kaupt.

Widzę ich na spacerach z dziećmi, zaglądają przez witryny sklepów i restauracji. Za nimi idą kolorowe żony, kolorowe madonny bez karuzel, z wózkami. Żółte, ciemnoskóre, blade jak trupy i wreszcie żydowskie. Czy to miłość? Zemsta na nietolerancyjnych przodkach? Chęć rekompensaty za straty w ludności?

Jeśli tak, to niech mnie weźmie taki jeden, w końcu nas Polaków też zginęło niemało. Pozbędę się tych brudnych obozowych myśli, obiecuję. Niech przygarnie poleczkę, zaopiekuje się. Będę rodzić mu dzieci, robić kartofelsalat, podawać piwo. Może nawet zacznę jeść wurst.

Moglibyśmy stworzyć idealną, nowoczesną parę. Mieszkać w dwupoziomowym apartamencie na samej górze kamienicy. Wieczorami słuchać muzyki, leżąc na podłodze i patrząc się w sufit. W szklany sufit, oglądać gwiazdy. Czytać Goethego, słuchać Klausa Nomiego. Jeździlibyśmy zabytkowym Mercedesem, może skusiłabym się na Mini albo Garbusa. Mówilibyśmy ludziom: halo, guten tag, danke szyn. Zawsze szczęśliwi, niemiecko zblazowani.

Czemu nie widzę Japońców mordujących dzieci, obcinających głowy mężczyznom, gwałcących kitajki?Anglików kolonizujących barbarzyńskie plemiona Ameryki?Ruskich zwyrodnialców, wojowników Armii Czerwonej rozrywających kobiety na pół? Wsadzających im zasrane butelki do dróg rodnych, a potem kchcht? Dlaczego?

Niemcy są przecież tacy przystojni! Szade, szade...