środa, 7 kwietnia 2010
The musickness.
Latem śpiewają żaby, przygrywają im świerszcze. Wiosną bije moje serce, tryska wodospadem gównianego uczucia bez pokrycia.
Bo nikt mnie nie pokrywa.
wtorek, 2 marca 2010
Nature is smarter than people.
Dwoje zwykłych ludzi. Najmniej osobliwe okoliczności.
Spotykają się na spotkaniu znajomych swoich znajomych. Znajdują znalezione przez innych miejsce do mieszczenia się. Siedzą razem z tymi owymi na owej kanapie.
Ona – niewysoka blondynka, włosy długie, takie prawie jak z reklamy. Falują jej się prawie profesjonalnie, ale nie opadają w zwolnionym tempie, mieniąc się francuską innowacją blondu. Blond mysi z elementami bałtyckiej plaży, nazwijmy ten kolor.
Latem, lubi nie nosić bielizny. Zakładać zwiewne sukienki, biegać po polu i w promieniach słońca dmuchać w dmuchawce latawce wiatr. Ciepłymi nocami skakać po dachach domów, włamywać się do starych fabryk. Kochać się na tyle starego amerykańskiego samochodu. Oglądać filmy aż traci przytomność. Ale nigdy nie miała na to wszystko odwagi albo czasu.
W swoich zachowaniach jest raczej przewidywalna. Taka jej natura, że uporządkowana jest bardzo i unika niezaplanowania.
On – raczej niepozorny, niż pozorny. Jakkolwiek to zabrzmiało. Ma bardzo ładne dłonie. To pewnie zasługa jego matki, która zawsze starała się, by jej jedyny potomek był wzorem czystości i schludności. Kiedy wracał z piaskownicy, karciła go niesłychanie i prędko goniła do łazienki, gdzie pochylając się nad zimną, emaliowaną wanną szorowała jego brudne, drobne rączki. Prała jego brązowe od mokrego piachu spodenki i białe koszulki.
Teraz wyrwany z czyścicielskich szponów matki, może pozwolić sobie na odrobinę niechlujstwa. Pomięty t-shirt z zeszłej imprezy, ulubione zniszczone spodnie i stary zapinany sweter z wielkimi guzikami, ubrudzony wczorajszym spaghetti. Ale ręce czyste, paznokcie zadbane.
W tym momencie, powinien nastąpić opis poznania, może jakiś dialog. To jednak wydaje się zupełnie nieistotne, w obliczu sytuacji, które mają się wydarzyć. Dlatego, kreatywny czytelniku, w tym miejscu wyobraź sobie scenę amerykańskiego filmu, gdzie główni bohaterowie poznają się. Prawdopodobnie przypadają sobie do gustu, rozmawiają o końcu świata, może o lecącej w tle piosence. Magia spojrzeń, ona odgarnia włosy, przygryza wargi. Patrzy się w ten specyficzny sposób, w jaki zwykły patrzeć zauroczone dziewczyny, zdradzając i obnażając się banalnie. Chłopcu nerwowo pocą się ręce, odwzajemnia przygyzanie warg. Mówi coś głupiego, wylewa na dziewczynę drinka, kolega robi z niego pośmiewisko – w każdym razie, dochodzi do przełamania pewnej granicy. Zupełnie banalnie, tak, jak wspominałam na początku.
Są w mieszkaniu dziewczyny, znaleźli się tam po krótkiej przejażdżce śmierdzącą taksówką. Robili w niej normalne rzeczy, które robione są o 4 nad ranem w sobotę, w stolicy, w stanie upojenia, w stanie zauroczenia, w stanie desperacji, która nie jest jesienną anomalią. Spowodowana, jak mogę domniemywać, nie porą roku – a stanem emocjonalnym, głęboko schowanym za komórkami i mitochondriami, nie związanym z czynnikami zewnętrznymi. Jak najbardziej normalnym jest, że w takich warunkach duchowych i egzystencjalnych, jeśli nadarzyła się okazja do chociażby chwilowego ukojenia tej desperackiej rany, okazję tę wykorzystać należy należycie. Piszę w tym momencie męcząco, męczę Was tą przejażdżką. Żebyście byli tak samo zmęczeni jak bohaterowie historii, którą czytacie. Bo oni zmęczeni są nie tylko wspomnieniami z dzieciństwa, niespełnionymi marzeniami, konformizmem i pozowaniem. Chłopak jak i dziewczyna, zmęczyli się fizycznie. Akrobacje na tylnim siedzeniu samochodu wymagają pewnej sprawności, której tej dwójce brakuje. Ich codzienne zajęcia uniemożliwiają skupienie się na swym ciele. Za bardzo skoncentrowani są na swoim wnętrzu. Więc teraz męczą się. Aby uniknąć tej sytuacji, ćwiczcie więcej, drodzy czytelnicy. Sprawność to zdrowie, to podstawia udanego (po)życia.
Moment, w którym leżą w jej jasnej, pachnącej świeżo pościeli, tacy znużeni godziną, podekscytowani sobą, należałoby opisać z należytą delikatnością i wdziękiem. Tak, abyś mógł wyobrazić sobie jej nieskazitelne ciało, które ubrała w kremowy, koronkowy gorset. Jej ciało delikatne jak aksamit, blade jak aloes. W tej konkretnej chwili najpiękniejsze kobiece ciało, jakie mógł sobie wyobrazić leżący obok chłopak.
Palcem wskazującym gładzi jej ramiona, ręce. Góra, dół, góra dół. Zastanawia się, co tu robi, czy nie zaszedł jakiś kardynalny błąd w jego myśleniu? Czy to, co teraz się dzieje prowadzi do… tego? Jeśli prowadzi, to jak poradzi sobie z pięćdziesięcioma haftkami na jej zgrabnych plecach? Myśli, czy dziewczyna nie może zrobić tego sama, czy nie może sama się odbezpieczyć? Dlaczego leży w łóżku kobiety, która na pijackie spotkanie ze znajomymi zakłada gorset? Jak zrobiła to sama? Czy w takim razie może mogłaby już uporać się z jego rozporkiem? Nie powinien sprawić kłopotu wykwalifikowanej gorsetowej maniaczce. Może ubrała ten pas cnoty specjalnie, ale teraz jest zbyt pijana i chętna by owy spełnił swoje zadanie?
Zdecydowanie jest typem dziewczyny, którą chciałby przedstawić matce. Żeby myślała, że spotyka się ze skromnymi, ‘dziękuję-proszę-magiczno-słownymi’, nieśmiałymi. One pasują do jego zadbanych paznokci. On stałby się dzięki takim niemalże idealny w oczach matki.
Kto myślałby w takiej chwili o swojej rodzicielce?
Dziewczyna jest trochę zestresowana. Myśli, że mogła przyłożyć się bardziej do ostatniej depilacji. Również pomyślała, że jej nietypowa bielizna stanowić może przeszkodę dla dalszych przyjemności.
Polała się krew.
środa, 6 stycznia 2010
Dress to kill.
Nie chciałabym być na Waszym miejscu, chodzić w Waszych butach. Od tego można dostać grzybicy. Wilka w owczej skórze załatwi PETA.
Natomiast segregować, szufladkować, przypinać łatki, wieszać na kimś psy. Rwać szaty, koszule i suknie Dejaniry, po czym szyć je grubymi nićmi. Nic łatwiejszego...
Dzielicie się na dwa rodzaje: cioty i niecnoty.
Pierwsi to najczęściej zakompleksieni, zagubieni i mało skuteczni panowie ‘chciał, a nie mógł’. Nie mógł z różnych względów: strach, dezorientacja, przekombinowanie, kompleksy, zakochanie.
Niecnoty to wykwalifikowane, zdeterminowane, niepowstrzymane maszyny defloracyjne. Wiedzą czego chcą. Mają uczucia, są zdolni do miłości. Fizycznej.
Cioty, to przez Was jestem taka samotna. To Was potrzebuje. Jesteście tacy wrażliwi, subtelni. Potraficie robić te wszystkie swoje magiczne sztuczki z oczami spaniela; maślanymi, szczenięcymi. Potykacie się o własne nogi, nie wiecie co powiedzieć na widok dziewczyny. Myślicie potem o niej przez następny miesiąc. Cały czas. Wtedy też. I wtedy.
Błąkacie się gdzieś między korytarzami, mijamy się na ulicach. Ale żaden z Was nie ma odwagi powiedzieć ni sylaby.
A Was, drodzy niecnotliwi Panowie, chciałabym omijać szerokim łukiem. Miałam już z takimi jak Wy do czynienia. Macie szczęście, że kobiety to masochistki. Jest na Was popyt. Tylko czemu po wszystkim spierdalacie jak złodzieje? Nie macie jaj.
Są jeszcze Ci pomiędzy, ale wiadomo, że z połączenia koloru niebieskiego miecza Luka Skajuokera i czerwonego miecza Mrocznego Jedi wychodzi sraczkowaty. Osobiście – mój ulubiony kolor. Ale to tekst z serii zimno-gorąco, biało-czarno, źle-dobrze. Nie ma miejsca na Horacego.
Zatem…Ogłaszam wszem i wobec, że kończymy trend na węże w kieszeniach, głupich jak buty i krzyki mody. Jak nas widzą, tak nas piszą, więc moje odważne i mniej odważne Panie – wybierajmy w tym roku bardziej skromne i nie rzucające się w oczy zapomniane vintage dodatki.
poniedziałek, 9 listopada 2009
Hitlet, Hitler, Hitman.
Jadę metrem widzę wysokiego przystojnego blondyna. Myślę, że mogłabym takiego posiąść. Jednak wizualizacja jaka dokonana została przez mój mózg blokuje następne przemyślenia o białym płotku i małych blond aniołkach tulących się do naszego labradora.
Niemiec ukazuje się mi w mundurze esesmana. Stoi taki cudowny, oparty o rurę, słucha muzyki, ale na jego kołnierzyku widnieje znak es es. Taki cały wyprasowany, w skórzanych butach, na których widać świeże plamy krwi i przyklejonych do niej włosów.
Koło niego siedzi następny, równie uroczy. Czyta książkę, jest na ostatniej stronie. Uśmiecha się do siebie, pochłonięty lekturą. Prawdopodobnie zaraz przegapi swoją stację. Widzę go w mundurze. Uśmiecha się. Zamyka komorę, uśmiecha się. Widzi pulsacyjnie trzęsących się od postrzałów więźniów, uśmiecha się. To ten sam uśmiech? Ta sama radość?
Trzeci patrzy na mnie. Jest idealny. Kochałabym go z pewnością. Boję się jednak, że obserwuje mój duży zupełnie niearyjski nos, mój nieidealny kształt czaszki. Że zaraz gwizdnie do kolesi i wyrzucą mnie z metra. Zagazują podręcznym cyklonem w spreju, psik psik.
Popołudniami spotykam ich w parkach. Wyprowadzają swoje nazistowskie owczarki. Może szukają Żydówek? Poukrywanych w krzakach. Szukaj, szukaj. A potem haltjude, lagerkoncentrancjon, kaupt.
Widzę ich na spacerach z dziećmi, zaglądają przez witryny sklepów i restauracji. Za nimi idą kolorowe żony, kolorowe madonny bez karuzel, z wózkami. Żółte, ciemnoskóre, blade jak trupy i wreszcie żydowskie. Czy to miłość? Zemsta na nietolerancyjnych przodkach? Chęć rekompensaty za straty w ludności?
Jeśli tak, to niech mnie weźmie taki jeden, w końcu nas Polaków też zginęło niemało. Pozbędę się tych brudnych obozowych myśli, obiecuję. Niech przygarnie poleczkę, zaopiekuje się. Będę rodzić mu dzieci, robić kartofelsalat, podawać piwo. Może nawet zacznę jeść wurst.
Moglibyśmy stworzyć idealną, nowoczesną parę. Mieszkać w dwupoziomowym apartamencie na samej górze kamienicy. Wieczorami słuchać muzyki, leżąc na podłodze i patrząc się w sufit. W szklany sufit, oglądać gwiazdy. Czytać Goethego, słuchać Klausa Nomiego. Jeździlibyśmy zabytkowym Mercedesem, może skusiłabym się na Mini albo Garbusa. Mówilibyśmy ludziom: halo, guten tag, danke szyn. Zawsze szczęśliwi, niemiecko zblazowani.
Czemu nie widzę Japońców mordujących dzieci, obcinających głowy mężczyznom, gwałcących kitajki?Anglików kolonizujących barbarzyńskie plemiona Ameryki?Ruskich zwyrodnialców, wojowników Armii Czerwonej rozrywających kobiety na pół? Wsadzających im zasrane butelki do dróg rodnych, a potem kchcht? Dlaczego?
Niemcy są przecież tacy przystojni! Szade, szade...
piątek, 16 października 2009
Mushroom stamp of approval.
Słyszę: 'Weź dziewczyno, znajdź sobie kogoś'. Co to kurwa? Jakieś grzybobranie?
muchomor jadowity – toksyczny człowiek, toksyczny romans, toksyczna jego fryzura była. No i jego ówczesna dziewczyna równie toksyczna.
stary grzyb, halucynogenny – nie taki stary, jakby się wydawało. Związek z nim poważny i spokojny, mogłabym tak do końca świata. Miałam halucynacje związane z ołtarzem, dziećmi i białym płotkiem. Niezła jazda. Jednak taka łasiczka jak ja nie pasożytuje przy tych samych drzewach, co stare grzyby. On mi to uświadomił, szejm.
kozak – wygadany, tryskający powalającym dowcipem. Całkiem go uwielbiałam, potrafił doprowadzić mnie do intelektualnej ekstazy. Ale cóż z tego, skoro okazał się być kurką?
rydz fałszywy – rude to i wredne. Jednak nie ma co się uprzedzać, rydz rydzowi nie równy i zdarzali się tacy, co niezwykle urokliwi byli. Lepszy rydz niż muchomor.
koźlarz – groźnie brzmi, po dłuższym czasie okazał się niezłą babką. Na koniec i tak napisze Ci: wypierdalaj, albo coś w tym patetycznym tonie.
Każdego roku notuje się co najmniej 500 zatruć grzybami. A co z mężczyznami? Jak odróżnić tego trującego od jadalnego? Zatrucie złym facetem może nie tylko oznaczać dwudniową biegunkę, ale niesmak trwający do końca życia.
niedziela, 20 września 2009
Makin' bricks without straw(berries).
„Wyobraź sobie, że rozkładasz nogi, a facet Cię truskawkami naciera, bo na forum przeczytał, że jak natrze i doda kremówki, to mu jogurt pocieknie. Jak w tym kraju ma być dobrze?”
No właśnie: jak? Skoro życia uczymy się z tego, co przeczytamy na forach internetowych, poradniku domowym i obejrzymy w telewizji.
Młode dziewczynki napromieniowane mądrościami emanującymi z oper mydlanych typu The Guiding Light, myślą, że miłość jest niekończącą się ekstazą, drogą do raju; urodzą dwójkę dzieci, zostaną sklonowane, umrą, odrodzą się, poznają księcia z bajki i będą mieć 5 orgazmów za jednym razem. Bo każdy mężczyzna to książę, kochanek idealny, zna się na rzeczy. Planują starość, urządzają domy, planują planowanie. A jedynym pewnikiem na tym świecie jest wszechobecna miłość – fizyczna i psychiczna.
Młodzi chłopcy natomiast w poszukiwaniu odpowiedzi na najbardziej dręczące ich pytania o cielesność, zwracają się do Teresy Orłowski. Nic dziwnego, że w później, w brutalnym zderzeniu z rzeczywistością kobiety realne przegrywają walkę z kobietami, bohaterkami filmów porno. Nie dorastamy im do pięt: nie te ruchy, nie ten wyraz twarzy, nie te westchnienia.
Malcziki szukają Dżesiki Alby z temperamentem Karmen Elektry, która będzie gotować jak Marta Stjuart, jak trza to i samochód naprawi. I wstydu nie będzie.
Tak bardzo chciałabym żyć w czasach, gdy kobietom rumieniły się lica, ludzie mówili do siebie wierszem, a wszy zabijali srebrnymi młoteczkami. Doświadczenie w tych i owych sprawach nabierali latami, metodą prób i błędów, poznając płeć przeciwną.
Marzę o miłości inteligentnej, zdobywaniu siebie, powoli. O potyczce słów, walce argumentów. Trzecia baza byłaby niczym innym jak muśnięciem dłoni po ciele partnera, wstępem do liczącej kilkadziesiąt baz rozgrywki. Żadnej martwicy mózgu. Pragnę, czekam, zdzieram etykiety z butelek, rysuję koła, krzyczę i wymachuję flagą.
Niech mnie ktoś porządnie pokocha.
Bez truskawek, bez dzieci i szczęśliwych zakończeń.
czwartek, 17 września 2009
Ring ring, here's your debile mobile.
Niedobrze robi się od samego czytania. Wodospady tryskającego kisielu z klawiatury telefonu, potoki miłosnego gówna. Każdy przez to przechodził. Wymieniał spowite subtelną aluzją orgazmiczne, aczkolwiek nic-nie-sugerujące sms-y.
W jakiej szkole nas tego uczą? Tego słodzenia? Fenyloetyloamina? Miłość działa na ludzi ogłupiająco. Nie ma się czemu dziwić, jeśli ludzie w stanie zakochania czują się wyjątkowo lekko. Ubywa im 1,3 kg mózgu.
Kultura kerfura bardzo szybko zamieniła wyrażenie „łatwo mówić” na „łatwo pisać”. Zupełnie nie wiem czemu. Problematyczne to, bo pozostawia dowód. No, ale tak jest: kochamy się przez literki. Kłócimy przez małe ekraniki. Zaczynamy i kończymy. Ale nie o tym miałam…
Przypuśćmy, że wszystkie kobiety w swoich telefonach, skrzynkach odbiorczych zbierają skrzętnie najlepsze kąski, jakie mężczyzna do nich napisał [sic!]. Robią to z różnych pobudek: chęć zabezpieczenia przed samotnością, brakiem dowartościowania, sentyment lub są głupimi zouzami, które zamierzają przy pomocy esemesowej artylerii zbombardować byłego mena. Po jakimś czasie okazuje się, że te smaczki, to zwykłe ochłapy. Szmaciarskie, głodne kawałki, kataryniarskie przyśpiewki o miłości. Facet okazuje się zwykłym facetem, a wiadomości, które wcześniej budziły w nas pożądanie zaczynają przypominać nam urywki z fotostory w bravo. Co wtedy?
Niektóre kobiety należą do tych mniej sentymentalnych i nie zwlekają z usunięciem chłamu.
Inne czekają do kulminacyjnego momentu wkurwienia, w przypływie agresji, silnych doznań kasują z premedytacją wypociny byłych kochanków.
Są też takie, które kasują sms-y od starego oblubieńca, gdy na horyzoncie pojawia się nowy. Czekają na odpowiedni moment katharsis. Kończą raz po raz kolejne etapy życia. Ja do takich należę.
Sms sponsorujący dzisiejszy dzień?
- „nigdy więcej do mnie nie dzwoń”
