Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2010

Ezekiel 25:17

Najdłużej emitowany serial świata.
Raz w tygodniu, za niewielką, symboliczną odpłatą możesz usłyszeć co stanie się w następnym odcinku.
Powtórki emitujemy co roku.
Czytanie księgi połączone ze skromnym poczęstunkiem.
Soundtrack do serialu można nabyć w zakrystii.
W tym sezonie, królować na ołtarzu będzie kolor purpurowy.
Prezenterów ubiera Zgromadzienie Wiernych ®

Nie wiem czy chcę brać w tym kiedykolwiek udział. Nie wiem, czy chcę, żeby ktoś po śmierci sprzedawał moje nazwisko księdzu, aby ten ‘módlmy się’ za mnie. Nie wiem czy mam cokolwiek do powiedzenia, wtedy raczej będę milczeć jak grób.
Aby wielki spiker-wodzirej nakazał robić 'módlmy się' za mnie, rozkładającą nogi i się w trumnie grzesznicę, ludziom, którzy zamykali mi drzwi do windy, zabierali ostatni koszyk w supermarkecie, wciskali w automacie do kawy opcję ‘bez kubka’, żeby gorący płyn oblewał latem moje bose stopy.
Którzy kradli moje komórki, zajmowali miejsce siedzące, kiedy byłam w urojonej ciąży, śmiali się, kiedy jesienią potykałam się, jak to mam w zwyczaju, i wpadałam do kałuży.

Modlą się, w imię pozorów i póz i życia grzesznego, amen.
Liczą i notują
moje 12 stacji, 12 upadków czy 12 miesięcy każdego roku, 12 przybranych kilo, 12 straconych nocy na robieniu nie pamiętam czego. Ale oni kurwa pamiętają. I się za to pomodlą.

Oto wielka tajemnica wiary.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Hitlet, Hitler, Hitman.

Jadę metrem widzę wysokiego przystojnego blondyna. Myślę, że mogłabym takiego posiąść. Jednak wizualizacja jaka dokonana została przez mój mózg blokuje następne przemyślenia o białym płotku i małych blond aniołkach tulących się do naszego labradora.

Niemiec ukazuje się mi w mundurze esesmana. Stoi taki cudowny, oparty o rurę, słucha muzyki, ale na jego kołnierzyku widnieje znak es es. Taki cały wyprasowany, w skórzanych butach, na których widać świeże plamy krwi i przyklejonych do niej włosów.

Koło niego siedzi następny, równie uroczy. Czyta książkę, jest na ostatniej stronie. Uśmiecha się do siebie, pochłonięty lekturą. Prawdopodobnie zaraz przegapi swoją stację. Widzę go w mundurze. Uśmiecha się. Zamyka komorę, uśmiecha się. Widzi pulsacyjnie trzęsących się od postrzałów więźniów, uśmiecha się. To ten sam uśmiech? Ta sama radość?

Trzeci patrzy na mnie. Jest idealny. Kochałabym go z pewnością. Boję się jednak, że obserwuje mój duży zupełnie niearyjski nos, mój nieidealny kształt czaszki. Że zaraz gwizdnie do kolesi i wyrzucą mnie z metra. Zagazują podręcznym cyklonem w spreju, psik psik.

Popołudniami spotykam ich w parkach. Wyprowadzają swoje nazistowskie owczarki. Może szukają Żydówek? Poukrywanych w krzakach. Szukaj, szukaj. A potem haltjude, lagerkoncentrancjon, kaupt.

Widzę ich na spacerach z dziećmi, zaglądają przez witryny sklepów i restauracji. Za nimi idą kolorowe żony, kolorowe madonny bez karuzel, z wózkami. Żółte, ciemnoskóre, blade jak trupy i wreszcie żydowskie. Czy to miłość? Zemsta na nietolerancyjnych przodkach? Chęć rekompensaty za straty w ludności?

Jeśli tak, to niech mnie weźmie taki jeden, w końcu nas Polaków też zginęło niemało. Pozbędę się tych brudnych obozowych myśli, obiecuję. Niech przygarnie poleczkę, zaopiekuje się. Będę rodzić mu dzieci, robić kartofelsalat, podawać piwo. Może nawet zacznę jeść wurst.

Moglibyśmy stworzyć idealną, nowoczesną parę. Mieszkać w dwupoziomowym apartamencie na samej górze kamienicy. Wieczorami słuchać muzyki, leżąc na podłodze i patrząc się w sufit. W szklany sufit, oglądać gwiazdy. Czytać Goethego, słuchać Klausa Nomiego. Jeździlibyśmy zabytkowym Mercedesem, może skusiłabym się na Mini albo Garbusa. Mówilibyśmy ludziom: halo, guten tag, danke szyn. Zawsze szczęśliwi, niemiecko zblazowani.

Czemu nie widzę Japońców mordujących dzieci, obcinających głowy mężczyznom, gwałcących kitajki?Anglików kolonizujących barbarzyńskie plemiona Ameryki?Ruskich zwyrodnialców, wojowników Armii Czerwonej rozrywających kobiety na pół? Wsadzających im zasrane butelki do dróg rodnych, a potem kchcht? Dlaczego?

Niemcy są przecież tacy przystojni! Szade, szade...

czwartek, 24 września 2009

Lazy polyMATH.

Równanie z jedną niewiadomą x;
gdzie x jest równy: bezkarne wpierdalanie plus siedzenie na dupie plus jedzenie w nocy to wszystko w nawias i razy słodkie sto.
I mimo, że doskonale wiesz, że iks równa się gruba baba, nie potrafisz pohamować się przed jedzeniem. Nawet jak uda Ci się przez jakiś czas zachować formę, to dżo-dżo gwarantowane.

Musisz się uczyć, kalkulujesz optymalny czas, który pozwoli Ci zaliczyć kurewską sesję. Czas niezbyt długi, by się nie przemęczyć. Twój wynik to tydzień. Nieźle. Dziwne tylko, że szczęśliwa siódemka nagle zaczyna się magicznie skracać, minusować, dzielić, dni się odejmują. Liczysz znowu, teraz to tylko 4 – ale to też nieźle, koniec końców to taka idealna liczba, taka kwadratowa i biblijna, i kolo 3 jest zaraz... I tak się nie nauczysz. Bo nie potrafisz usiąść na dupie i zrobić tego, co do Ciebie należy. Nagle masz tyle rzeczy na głowie, bo jakieś nowe ploteczki są, jakieś dramaty, jakieś seriale, jakieś patrzenie się w okno!

Nie podzielę losu koleżanki, nie dodam sobie kolejnych problemów. Obliczyłaś, że tyle miłości starczy Ci na jakieś pół roku, więc zostaje Ci z tego działania jeszcze reszta. Ale potem przychodzi pms, jesień, deszcze, dreszcze, nostalgia i melancholia. Potem czytasz książkę i chcesz znowu kochać. Zapominasz o mocnym postanowieniu poprawy, że już nigdy się nie odezwiesz, będziesz dumna i buńczuczna. Miałaś być silna od poniedziałku, od jutra, od następnego miesiąca – inny człowiek... Sending text message, message delivered i tyle z Twoich postanowień.

Oglądasz nowy sezon swojego ulubionego serialu. Właściwie to już chcesz iść spać, ale…a jeszcze jeden! No i jeszcze jeden. No teraz przedostatni, to muszę obejrzeć. I ostatni! W sumie będzie jakieś 18 razy pół godziny, albo 24 razy 45 minut.

Nastawiasz budzik, wiesz, że musisz wstać wcześniej. Taka z Ciebie spryciara, że z każdym dźwiękiem klikasz drzemkę. Za 5 razem przestaje dzwonić, a Ty zasypiasz. Taka karma, taki wynik Twojego osikanego grubego niedbalstwa.

I w tym wszystkim nie chodzi o brak inteligencji, broń Borze. To jedynie taka słabostka, niewielka i niewinna. Maluczka. Braczek silnej wolki.
Rujnuje moje życie.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

God’s people, God’s copyland.

Za każdym razem, kiedy wychodzę z domu, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że żyje we śnie szalonego pracownika ksero. Właściwie nie muszę wychodzić z domu, żeby tak myśleć. Cut copy paste copy paste srejst.

Wklejono mi uczucia, zdarzenia i alergię z zeszłego roku. Chcąc, nie chcąc - powróciłam do swojej Itaki, mojego punktu odniesienia. Normalny człowiek stwierdziłby, że to dobrze, że tak bezpiecznie i że w sumie to nic straconego. Ja natomiast czuję się jak okrutny cziter; jak ktoś, kto sejwuje grę za każdym razem jak dojdzie do jakiegoś etapu. Albo nie dojdzie.
I właśnie nagle, jeb, gejm ołwer i wracasz do sejwa. Wróciłam.

Pracownik punktu ksero dokleił mi także parę kilo, parę podbródków, kilka romansów. Nie wiem czemu nie poszedł na całość i nie zmienił mnie w pupila przyjaciół z grinpis. Wyciął mi rok życia, przybliżył do wieku w którym bez kota ani rusz.

Ludzie, którzy gdzieś kiedyś też są skserowani. Rozmawiam z nimi i myślę: ‘hm, skądś go znam’. Po chwili: ‘ah, no tak, to ten sam typ, co poprzedni i poprzedni i następny także’. Oczywiście nie w każdym przypadku. Poznaj laske pana od ksero i poznaj kogoś wyjątkowego. Takie wypadki przy pracy nie zdarzają się często, nie trwają też długo i na tym polega ich niewątpliwy urok.

Wam też kopiuje. Czytasz książkę i myślisz, że to tak jak Ty, spotykasz miłość swojego życia i macie ze sobą tyle wspólnego? Ten sam punkt ksero. Znaki na niebie, znaki na ziemi, znaki na drodze, znaki sraki. Nie ma przeznaczenia, nie ma przypadku, nie jest to iluzja - to kopia czegoś, co już było. I musi się powtórzyć, bo nikt, nawet Almighty, nie jest w stanie wymyślić nowych rozstań, lepszych motyli w brzuchu, czy wspanialszego uczucia pogardy.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Little big girl.

Brzdęk, brzdęk, brzdękasz na swojej gitarze, jest git. „A teraz pakuj się do łóżka mała, bo już bolą mnie palce”.
O nie, nie tym razem mój panie – nie jestem kolejną groupie, nie wyszło ci tym razem.

To może kilka śpieszmysiękochać, albo nicdwarazy, może fiołkami drogę mi uścielisz? Może kilka banałów z kolorowych gazet?
Passe, passe! Szybko wystukaj wu wu wu wyznaniamiłosne slesz trendywiersze. Albo i nie.

Czarujesz niskim głosem, wyliczasz wyliczankę: „Raz dwa sześć, chcę cię zjeść. Pięć dwa jeden, będzie heaven. Tysiąc pińćset, chwała na wysokości ile zbiegów okoliczności”. Twoje imię na tą samą literkę się zaczyna, co imię mojego chomika, te same filmy w dzieciństwie oglądałeś i też lubiłeś mamy ciuchy ubierać.
Nat dys tajm.

„Taki ze mnie niedobry chłopiec, ale wiem, że takich lubisz, że tacy są on the menu. Oblany czekoladą, taki słodko-gorzki, taki zimno-gorąco. To na ciebie działa”.
Dla mnie możesz nurać się nawet w rozpuszczonym chocopologie, oblepiony szafranem, orzeszkami macadamia i kawiorem. Won!

Znajdź proszę złoty środek, o księciu z bajki. Bądź tym wszystkim, ale i tym wszystkim nie bądź.