„Wyobraź sobie, że rozkładasz nogi, a facet Cię truskawkami naciera, bo na forum przeczytał, że jak natrze i doda kremówki, to mu jogurt pocieknie. Jak w tym kraju ma być dobrze?”
No właśnie: jak? Skoro życia uczymy się z tego, co przeczytamy na forach internetowych, poradniku domowym i obejrzymy w telewizji.
Młode dziewczynki napromieniowane mądrościami emanującymi z oper mydlanych typu The Guiding Light, myślą, że miłość jest niekończącą się ekstazą, drogą do raju; urodzą dwójkę dzieci, zostaną sklonowane, umrą, odrodzą się, poznają księcia z bajki i będą mieć 5 orgazmów za jednym razem. Bo każdy mężczyzna to książę, kochanek idealny, zna się na rzeczy. Planują starość, urządzają domy, planują planowanie. A jedynym pewnikiem na tym świecie jest wszechobecna miłość – fizyczna i psychiczna.
Młodzi chłopcy natomiast w poszukiwaniu odpowiedzi na najbardziej dręczące ich pytania o cielesność, zwracają się do Teresy Orłowski. Nic dziwnego, że w później, w brutalnym zderzeniu z rzeczywistością kobiety realne przegrywają walkę z kobietami, bohaterkami filmów porno. Nie dorastamy im do pięt: nie te ruchy, nie ten wyraz twarzy, nie te westchnienia.
Malcziki szukają Dżesiki Alby z temperamentem Karmen Elektry, która będzie gotować jak Marta Stjuart, jak trza to i samochód naprawi. I wstydu nie będzie.
Tak bardzo chciałabym żyć w czasach, gdy kobietom rumieniły się lica, ludzie mówili do siebie wierszem, a wszy zabijali srebrnymi młoteczkami. Doświadczenie w tych i owych sprawach nabierali latami, metodą prób i błędów, poznając płeć przeciwną.
Marzę o miłości inteligentnej, zdobywaniu siebie, powoli. O potyczce słów, walce argumentów. Trzecia baza byłaby niczym innym jak muśnięciem dłoni po ciele partnera, wstępem do liczącej kilkadziesiąt baz rozgrywki. Żadnej martwicy mózgu. Pragnę, czekam, zdzieram etykiety z butelek, rysuję koła, krzyczę i wymachuję flagą.
Niech mnie ktoś porządnie pokocha.
Bez truskawek, bez dzieci i szczęśliwych zakończeń.
