niedziela, 7 lutego 2010

Guest-tapo.

Spotkania w Twoim domu.

Znajomi rodziców. Daleka rodzina.

Najpierw pół dnia przygotowań, tatary z tatarów, kaczki w jabłkowych stawach, karpaczio z Karpacza, kwiaty lotosu w wazonach, jedzeniowe nadęcie na wykałaczkę z oliwką wysublimowania i spleśniałym serem.

Przywitanie i tradycyjne już zgadywanie na ile całusów mierzy ‘wujek’, a na ile ‘ciocia’. Wujek na dwa razy, obstawiałam trzy, więc ostatni całus w powietrze. Ciotka mnie nie lubi, więc pewnie jeden. I słusznie. Czy zasady savoir vivre regulują ilość powitalnych cmoków? Jeśli nie, to powinny. Bo kurwa nienawidzę tego uczucia, abstrahując od ogólnej nienawiści do powitań i pożegnań, kiedy ktoś postanowił sobie, że cmoknie mnie 3 razy, a ja już po pierwszym spierdalam. I ten ów ktoś trzyma mnie kurczowo i kończy swe dzieło, śliniąc moje rumiane policzki.


Jak szkoła? Jak egzaminy? Masz tam jakiegoś kawalera? Wszystko w porządku? Mogłabym odpowiedzieć, że rzuciłam studia i oddałam się pasji prostytucji, zarabiając przy tym całkiem nieźle i odkładam na wyjazd do Holandii, aby zlegalizować związek z moją przyjaciółką. Gówno ich obchodzi odpowiedź. Ważne, żeby wykazać zainteresowanie. Ewentualnie w sentencji wypowiedzianych słów, wychwycić obecność tych niepoprawnych lub podejrzanych.


A moja córka, to jest alfaiomegabetagamma, moja też, ona gotuje, tak jak moja, sprząta, ahh jak moja sprząta, uczy się na siódemki, moja nawet na ósemki z plusem, jest zgrabna, 90-60-90. Ona to jeździ na te wszystkie festiwale, do klubów chodzi, gra na fujarkach, na grzebykach, na wszystkim ci zagra. Moja nie je mięsa od 4 lat, a moja od 5. Ale moja jest młodsza, to się bardziej liczy. Ona tyle czyta, takie zagraniczne książki, po angielsku i w oryginałach, najbardziej oryginalnych, wręcz czyta rękopisy. A ma chłopaka? Nie.


Próbujesz się skupić, czytać, cokolwiek. Ale między rozmową Aloszy i Iwana słyszysz o tym jak koleżanki mamy robią sobie cycki i chodzą na premiery holyłódzkich filmów do kin. Latają do kambodży i do czile, a w przerwach modlą się w bazylice i jedzą koty u chińczyka.


Kiedyś pijackie spotkania rodziców pod przykrywką dostojnych kolacji wyglądały zdecydowanie bardziej interesująco. Synowie znajomych, opróżnianie barków, zabawa w doktora, upijanie się alkoholowymi cukierkami. Zabawa w chowanego, jeśli chciało się kogoś pozbyć, nieznajdowanie go przez pół wieczoru, by mieć święty spokój i móc oddać się cielesnym, dziecięcym przyjemnościom. Macanki cacanki, gilgotki cnotki. Albo oglądanie dorosłej telewizji, viva zwei i tcm, bo cartoon network blokowali po 21.


Ciekawe jak ciekawe będą wieczory moich dzieci.

6 komentarzy:

  1. trafiłaś w sedno w pięknym stylu

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha, a moi rodzice nie mają znajomych! Zresztą ja prawie też nie mam. A jak mam to i tak zbyt długo nie są moimi znajomymi. I najlepsze z tego jest to, że nie mam wogóle tego typu problemów ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja uwielbiam jak ciocie i wujkowie nas odwedzaja lubie sobie posiedziec posluchac, pogadac, lubilam to jako mala dziewczynka i tak mi zostalo:)
    No i zawsze jest cos slodkiego, mniam:D
    Sarunia

    OdpowiedzUsuń
  4. świetne świetne
    zalinkowałem i fragment pozwoliłem sobe przytoczyć

    OdpowiedzUsuń
  5. true,true sam smak posiadania rodziny dalszej niż matka z ojcem

    święta to też katorga ?

    widzę, że nadal masz niemiecką obsesją guestapowcu

    i wyłącz te gówniane wpisywanie napisów

    OdpowiedzUsuń