czwartek, 24 września 2009
Lazy polyMATH.
gdzie x jest równy: bezkarne wpierdalanie plus siedzenie na dupie plus jedzenie w nocy to wszystko w nawias i razy słodkie sto.
I mimo, że doskonale wiesz, że iks równa się gruba baba, nie potrafisz pohamować się przed jedzeniem. Nawet jak uda Ci się przez jakiś czas zachować formę, to dżo-dżo gwarantowane.
Musisz się uczyć, kalkulujesz optymalny czas, który pozwoli Ci zaliczyć kurewską sesję. Czas niezbyt długi, by się nie przemęczyć. Twój wynik to tydzień. Nieźle. Dziwne tylko, że szczęśliwa siódemka nagle zaczyna się magicznie skracać, minusować, dzielić, dni się odejmują. Liczysz znowu, teraz to tylko 4 – ale to też nieźle, koniec końców to taka idealna liczba, taka kwadratowa i biblijna, i kolo 3 jest zaraz... I tak się nie nauczysz. Bo nie potrafisz usiąść na dupie i zrobić tego, co do Ciebie należy. Nagle masz tyle rzeczy na głowie, bo jakieś nowe ploteczki są, jakieś dramaty, jakieś seriale, jakieś patrzenie się w okno!
Nie podzielę losu koleżanki, nie dodam sobie kolejnych problemów. Obliczyłaś, że tyle miłości starczy Ci na jakieś pół roku, więc zostaje Ci z tego działania jeszcze reszta. Ale potem przychodzi pms, jesień, deszcze, dreszcze, nostalgia i melancholia. Potem czytasz książkę i chcesz znowu kochać. Zapominasz o mocnym postanowieniu poprawy, że już nigdy się nie odezwiesz, będziesz dumna i buńczuczna. Miałaś być silna od poniedziałku, od jutra, od następnego miesiąca – inny człowiek... Sending text message, message delivered i tyle z Twoich postanowień.
Oglądasz nowy sezon swojego ulubionego serialu. Właściwie to już chcesz iść spać, ale…a jeszcze jeden! No i jeszcze jeden. No teraz przedostatni, to muszę obejrzeć. I ostatni! W sumie będzie jakieś 18 razy pół godziny, albo 24 razy 45 minut.
Nastawiasz budzik, wiesz, że musisz wstać wcześniej. Taka z Ciebie spryciara, że z każdym dźwiękiem klikasz drzemkę. Za 5 razem przestaje dzwonić, a Ty zasypiasz. Taka karma, taki wynik Twojego osikanego grubego niedbalstwa.
I w tym wszystkim nie chodzi o brak inteligencji, broń Borze. To jedynie taka słabostka, niewielka i niewinna. Maluczka. Braczek silnej wolki.
Rujnuje moje życie.
niedziela, 20 września 2009
Makin' bricks without straw(berries).
„Wyobraź sobie, że rozkładasz nogi, a facet Cię truskawkami naciera, bo na forum przeczytał, że jak natrze i doda kremówki, to mu jogurt pocieknie. Jak w tym kraju ma być dobrze?”
No właśnie: jak? Skoro życia uczymy się z tego, co przeczytamy na forach internetowych, poradniku domowym i obejrzymy w telewizji.
Młode dziewczynki napromieniowane mądrościami emanującymi z oper mydlanych typu The Guiding Light, myślą, że miłość jest niekończącą się ekstazą, drogą do raju; urodzą dwójkę dzieci, zostaną sklonowane, umrą, odrodzą się, poznają księcia z bajki i będą mieć 5 orgazmów za jednym razem. Bo każdy mężczyzna to książę, kochanek idealny, zna się na rzeczy. Planują starość, urządzają domy, planują planowanie. A jedynym pewnikiem na tym świecie jest wszechobecna miłość – fizyczna i psychiczna.
Młodzi chłopcy natomiast w poszukiwaniu odpowiedzi na najbardziej dręczące ich pytania o cielesność, zwracają się do Teresy Orłowski. Nic dziwnego, że w później, w brutalnym zderzeniu z rzeczywistością kobiety realne przegrywają walkę z kobietami, bohaterkami filmów porno. Nie dorastamy im do pięt: nie te ruchy, nie ten wyraz twarzy, nie te westchnienia.
Malcziki szukają Dżesiki Alby z temperamentem Karmen Elektry, która będzie gotować jak Marta Stjuart, jak trza to i samochód naprawi. I wstydu nie będzie.
Tak bardzo chciałabym żyć w czasach, gdy kobietom rumieniły się lica, ludzie mówili do siebie wierszem, a wszy zabijali srebrnymi młoteczkami. Doświadczenie w tych i owych sprawach nabierali latami, metodą prób i błędów, poznając płeć przeciwną.
Marzę o miłości inteligentnej, zdobywaniu siebie, powoli. O potyczce słów, walce argumentów. Trzecia baza byłaby niczym innym jak muśnięciem dłoni po ciele partnera, wstępem do liczącej kilkadziesiąt baz rozgrywki. Żadnej martwicy mózgu. Pragnę, czekam, zdzieram etykiety z butelek, rysuję koła, krzyczę i wymachuję flagą.
Niech mnie ktoś porządnie pokocha.
Bez truskawek, bez dzieci i szczęśliwych zakończeń.
czwartek, 17 września 2009
Ring ring, here's your debile mobile.
Niedobrze robi się od samego czytania. Wodospady tryskającego kisielu z klawiatury telefonu, potoki miłosnego gówna. Każdy przez to przechodził. Wymieniał spowite subtelną aluzją orgazmiczne, aczkolwiek nic-nie-sugerujące sms-y.
W jakiej szkole nas tego uczą? Tego słodzenia? Fenyloetyloamina? Miłość działa na ludzi ogłupiająco. Nie ma się czemu dziwić, jeśli ludzie w stanie zakochania czują się wyjątkowo lekko. Ubywa im 1,3 kg mózgu.
Kultura kerfura bardzo szybko zamieniła wyrażenie „łatwo mówić” na „łatwo pisać”. Zupełnie nie wiem czemu. Problematyczne to, bo pozostawia dowód. No, ale tak jest: kochamy się przez literki. Kłócimy przez małe ekraniki. Zaczynamy i kończymy. Ale nie o tym miałam…
Przypuśćmy, że wszystkie kobiety w swoich telefonach, skrzynkach odbiorczych zbierają skrzętnie najlepsze kąski, jakie mężczyzna do nich napisał [sic!]. Robią to z różnych pobudek: chęć zabezpieczenia przed samotnością, brakiem dowartościowania, sentyment lub są głupimi zouzami, które zamierzają przy pomocy esemesowej artylerii zbombardować byłego mena. Po jakimś czasie okazuje się, że te smaczki, to zwykłe ochłapy. Szmaciarskie, głodne kawałki, kataryniarskie przyśpiewki o miłości. Facet okazuje się zwykłym facetem, a wiadomości, które wcześniej budziły w nas pożądanie zaczynają przypominać nam urywki z fotostory w bravo. Co wtedy?
Niektóre kobiety należą do tych mniej sentymentalnych i nie zwlekają z usunięciem chłamu.
Inne czekają do kulminacyjnego momentu wkurwienia, w przypływie agresji, silnych doznań kasują z premedytacją wypociny byłych kochanków.
Są też takie, które kasują sms-y od starego oblubieńca, gdy na horyzoncie pojawia się nowy. Czekają na odpowiedni moment katharsis. Kończą raz po raz kolejne etapy życia. Ja do takich należę.
Sms sponsorujący dzisiejszy dzień?
- „nigdy więcej do mnie nie dzwoń”
poniedziałek, 15 czerwca 2009
God’s people, God’s copyland.
Wklejono mi uczucia, zdarzenia i alergię z zeszłego roku. Chcąc, nie chcąc - powróciłam do swojej Itaki, mojego punktu odniesienia. Normalny człowiek stwierdziłby, że to dobrze, że tak bezpiecznie i że w sumie to nic straconego. Ja natomiast czuję się jak okrutny cziter; jak ktoś, kto sejwuje grę za każdym razem jak dojdzie do jakiegoś etapu. Albo nie dojdzie.
I właśnie nagle, jeb, gejm ołwer i wracasz do sejwa. Wróciłam.
Pracownik punktu ksero dokleił mi także parę kilo, parę podbródków, kilka romansów. Nie wiem czemu nie poszedł na całość i nie zmienił mnie w pupila przyjaciół z grinpis. Wyciął mi rok życia, przybliżył do wieku w którym bez kota ani rusz.
Ludzie, którzy gdzieś kiedyś też są skserowani. Rozmawiam z nimi i myślę: ‘hm, skądś go znam’. Po chwili: ‘ah, no tak, to ten sam typ, co poprzedni i poprzedni i następny także’. Oczywiście nie w każdym przypadku. Poznaj laske pana od ksero i poznaj kogoś wyjątkowego. Takie wypadki przy pracy nie zdarzają się często, nie trwają też długo i na tym polega ich niewątpliwy urok.
Wam też kopiuje. Czytasz książkę i myślisz, że to tak jak Ty, spotykasz miłość swojego życia i macie ze sobą tyle wspólnego? Ten sam punkt ksero. Znaki na niebie, znaki na ziemi, znaki na drodze, znaki sraki. Nie ma przeznaczenia, nie ma przypadku, nie jest to iluzja - to kopia czegoś, co już było. I musi się powtórzyć, bo nikt, nawet Almighty, nie jest w stanie wymyślić nowych rozstań, lepszych motyli w brzuchu, czy wspanialszego uczucia pogardy.
czwartek, 11 czerwca 2009
Beware! unsKILLed husband.
Jeśli tak, to na pewno przeczytacie o mnie w gazetach za parenaście lat. Zamorduję swojego męża, brutalnie, ze szczególnym okrucieństwem, atrykul stoczterdziesciosiem paragrafdwa punktjeden, 14821.
Wszystko to pod warunkiem, że a) dożyję tych czasów, b) będę jeszcze na wolności, c) nie będę w psychiatryku, d) będę mieć męża w ogóle , e) jeszcze będę mieć męża,
f) będę mieszkać w bloku.
Okej. Teraz przyjmijmy, że nie chcę skończyć jako bohaterka mrożącego krew w żyłach artykułu w taniej, szmaciarskiej gazecie. Skupiając się na warunku d, będę musiała dokonać pewnej selekcji.
Upewnię się kilka razy czy wybranek przypadkiem nie chrząka/ciamcia/sapie przy jedzeniu. W przeciwnym razie, pewnego pięknego dnia, po 20 latach pożycia małżeńskiego, zupełnie niespodziewanie, podczas obiadu wyszarpię mu zębami przegrodę nosową.
Czy nie ma zbyt wygórowanych ambicji jak na jego możliwości. Jeśli tak, sorry, ariwererczi, wracaj na Marsa. Żaden książe nie będzie wyładowywać na mnie swoich frustracji. Nawet jeśli ma białego konia, karego konia albo dużego konia.
A może transformacja w mighty dolphin powerless rangera z pilotem od tv zamiast robota-godzilli? Po pracy kanapa, beznadziejny film na jakims polsrakowym kanale, kilka telefonów do Zordona, higeny brak.
Lepiej niech spierdala od mojej kuchni, gdzie robie moje rzeczy, moje dania, mój obiad, od początku do końca. Jest mój, obrany, wymieszany, ugnieciony, panierowany moimi rękoma! Spróbuje wpierdolić mi swoje pięć groszy w trakcie rytuału gotowania, a pyk…turl turl turl… jego oko poturla się radośnie w najciemniejszy kąt kuchni. Zrobię to łyżką, zgrabnie, moimi rękoma, po czym dokończę obiad. Mój obiad.
Jest jeszcze kilka innych wątków które mogłabym poruszyć, ale są zbyt obrzydliwe, żeby pisać o nich na trzeźwo. Nieuniknione jest, że niebawem doprowadzę się do stanu ekstazy w którym puszczają mi wszelkie hamulce, wtedy wyrzygam wszystko o czym myślę od stu lat (fuck, im ooooold).
wtorek, 9 czerwca 2009
Romance = potance?
To nie XVIII wiek, prześcieradła z dziurką wyszły z mody razem z rumianymi licami i szaleństwem dusz.
I skoro przeszliśmy już do porządku dziennego, że atrybuty romantycznej miłości odeszły w niepamięć, skąd to uczucie, że może jednak nie tak być powinno? Skąd myśli, że może to wszystko idzie w złym kierunku, zbyt szybko? Może jesteśmy warte zachodu, może powinnyśmy bardziej się cenić? I co tak naprawdę myślą o nas sami zainteresowani?
Wątpliwości w tej materii mogą oznaczać niepewność, istnienie pozostałości po cnotliwych prababkach. Może współczesne kobiety powinny dać porwać się klasycznej, książkowej miłości z powieści Danielle Steel, żeby przypomnieć sobie, że romantyczność istnieje?
Więc jak jest? Przeciwstawiamy się romantyczności, zdobywaniu się po woli, braterstwu dusz? Czy jesteśmy zwykłymi dziwkami?
poniedziałek, 8 czerwca 2009
Little big girl.
O nie, nie tym razem mój panie – nie jestem kolejną groupie, nie wyszło ci tym razem.
To może kilka śpieszmysiękochać, albo nicdwarazy, może fiołkami drogę mi uścielisz? Może kilka banałów z kolorowych gazet?
Passe, passe! Szybko wystukaj wu wu wu wyznaniamiłosne slesz trendywiersze. Albo i nie.
Czarujesz niskim głosem, wyliczasz wyliczankę: „Raz dwa sześć, chcę cię zjeść. Pięć dwa jeden, będzie heaven. Tysiąc pińćset, chwała na wysokości ile zbiegów okoliczności”. Twoje imię na tą samą literkę się zaczyna, co imię mojego chomika, te same filmy w dzieciństwie oglądałeś i też lubiłeś mamy ciuchy ubierać.
Nat dys tajm.
„Taki ze mnie niedobry chłopiec, ale wiem, że takich lubisz, że tacy są on the menu. Oblany czekoladą, taki słodko-gorzki, taki zimno-gorąco. To na ciebie działa”.
Dla mnie możesz nurać się nawet w rozpuszczonym chocopologie, oblepiony szafranem, orzeszkami macadamia i kawiorem. Won!
Znajdź proszę złoty środek, o księciu z bajki. Bądź tym wszystkim, ale i tym wszystkim nie bądź.
